Zapis drogi. „Nokturn śródziemnomorski” Marka Zagańczyka
Pamiętać będę wyprawę do Montreux. Początek przed hotelem Nabokova, gdzie pisarz wynajął dwa apartamenty na szóstym piętrze, spacer na cmentarz Clarens, gdzie został pochowany, chwilę zadumy nad poświęconą mu tablicą, a potem ujrzany znienacka nagrobek Amiela, którego dziennik w tłumaczeniu Joanny Guze daje mi tyle słów mocnych i czułych.
Marek Zagańczyk, Nokturn śródziemnomorski (s. 169)

Powracanie z dalekiej podróży bywa nostalgiczne i przeważnie stan ten trwa jeszcze długo po tym, gdy podróżnik jest już w swoim dawnym miejscu. I nie chodzi tylko o dotarcie pod stały adres czy o zmęczenie po przebytych setkach kilometrów, które czuje się w nogach i plecach, a przed oczami pojawiają się wciąż niedawne krajobrazy, lecz o poczucie, że powracanie z darem wniesionym przez próg domu dzięki ujrzanym widokom i obrazom, lekturom i rozmowom w drodze ma głęboki sens. Radość poznawania przemienia nasze spojrzenie na konieczność wykonywania wszystkich powszednich zadań. Gdy wracamy nawet z krótkiego wyjazdu poza dom, przeważnie odkładamy na bok pracę, która miała być niezbędna i okazuje się, że niektóre zadania mogą poczekać. Zajmuje nas wtedy najbardziej sekret zawierzony zapiskom w podróżnych dziennikach, które czytamy z pasją kogoś, kto, tak jak ja, sam nie jest w stanie odbywać dalekich wypraw ani ich opisać.
Tak się złożyło, że zamiast wyjazdu nad morze na początku lipca zapowiedziała się u mnie choroba na kilka tygodni i tak też trwała. Wtedy nadeszła pocztą książka Nokturn śródziemnomorski Marka Zagańczyka (Wydawnictwo Próby, Warszawa 2026) i zaczęła się moja podróż z autorem, który w „zapisach pogłębionych” odnajdował poznawane na nowo piękno Florencji i wielu innych miejsc kultury tak mu bliskich, dzielił się zachwytem, hojnie czepiąc ze skarbca wrażliwości oglądającego, przywołując opisy i interpretacje z lektur pisarzy podróżujących w poszukiwaniu ocalonego piękna włoskich miast i mitycznej aury wysp greckich. Książka ta stała się dla mnie wielką pociechą otwierania nieznanych przestrzeni, gdy w środku lata zostałam w domu unieruchomiona.
Ruch myśli autora, skierowanych we wszystkie strony naraz, rozwija się na kartach dyskretnie, jakby mimochodem wśród przypomnień i cytatów, naszkicowanych sylwetek artystów i historyków sztuki. Zagłębianie się w historię malarstwa mistrzów renesansu, dotykanie starych murów ze śladami fresków, które udało się do tej pory ocalić przed zniszczeniem, przypominanie refleksji innych badaczy dziejów – to wszystko tworzy niezwykłą więź autora ze światem przedstawionym. Zagańczyk skromnie tłumaczy się z nadmiernego zachwytu i bogactwa estetycznych wrażeń, a przecież zmierza ku czemuś innemu, przedkładając naszym oczom mapę wieloletniej wędrówki śladami piękna zachowującego wciąż swoją tajemnicę, nie do końca odkrywającego zagadki i znaki, piękna porywającego i wręcz zniewalającego, by ku niemu powracać.
Prawa, których nie ma - Krzysztof Gołębiewski
Latem Unia Literacka rozpoczęła kampanię "10 procent". Przez kilka dni wiele pisarek i wielu pisarzy pokazywało w sieci, ile własnych książek musieliby sprzedać, żeby kupić rzecz zwyczajną: bilet, laptop, pączka. Obrazki były celne, bo konkretne, a liczba pod nimi niewesoła: autor zarabia dziś średnio 2 złote 38 groszy na sprzedanym egzemplarzu. Z badań zleconych przez Instytut Książki wynika, że dochody zdecydowanej większości piszących nie osiągają poziomu płacy minimalnej. Postulat brzmi: ustawowe minimum dziesięciu procent ceny okładkowej dla autora. Żądanie jest sprawiedliwe. Pytanie tylko, czy samo wystarczy.
Kampania mówiła o podziale tortu - o tym, jak podzielić kwotę, którą czytelnik zostawia w kasie. Za tym sporem kryją się jednak dwa pytania bardziej niewygodne: jak duży jest ten tort i czy pisarz rzeczywiście może się nim najeść.
Zastrzegę od razu: piszę z pozycji kogoś spoza tego komercyjnego rynku, na którym książka ma być źródłem utrzymania. Jako 72 - letni przede wszystkim poeta dobrze wiem, że z samej sprzedaży poezji praktycznie nikt się dziś w Polsce nie utrzyma; wiersz należy raczej do ekonomii daru niż handlu. Mówię więc o tych, dla których książka jest - albo powinna być - chlebem.
Tort jest mały. Według najnowszego raportu Biblioteki Narodowej w 2025 roku co najmniej jedną książkę przeczytało 41% Polaków - dokładnie tyle samo co rok wcześniej. O obrazie rynku nie przesądza jednak liczba tych, którzy raz w roku sięgnęli po książkę, lecz niewielka grupa czytających regularnie. To na niej opiera się znaczna część sprzedaży, a w jej obrębie dominują gatunki popularne. Ambitna proza zajmuje skrawek, poezja - skrawek skrawka.
Ktoś powie: pisać po angielsku. Dla autora thrillera może to być rada praktyczna - rynek jest wielokrotnie większy. Dla literatury żyjącej przede wszystkim językiem bywa to jednak złudzeniem. Przekład na angielski pozostaje marginesem, a pieniądz także tam częściej idzie za gatunkiem niż za zdaniem, nad którym pracowało się tydzień.
Ostatnie spojrzenie – fraza dla Kornela Morawieckiego
W tej chwili, gdy przysiada na ławie w rogu biesiadnego stołu
i bierze pióro do ręki, by podpisać monografię Solidarnej Wspólnoty,
w tej chwili, gdy pochylony nad książką zamyśla się, co zapisane,
a co należy przywołać: miłość, wdzięczność, poczucie miary –
wie, że jego godziny zostały policzone. Cień krąży
w przejściu z widokiem na ściernisko.
Dopiero połowa września, a już chłodny wiatr zmaga się z chmurami,
targa połą marynarki. Śmiejemy się, rozgadani, śpiewamy
z kapelą piosenki powstańcze.
W ostatniej chwili obejmuje spojrzeniem Ludwikę w płaszczu koloru jesieni,
dzieci przyjaciół biegnące ku bryczce, konie prowadzone ze stajni,
Joannę częstującą gości – i podnosi rękę na pożegnanie.
Łagodnym uśmiechem błogosławi nas wszystkich.

35-lecie SW. Stajnia „Rotmistrz” w Bolesławcu, 15 września 2018 roku;
Ludwika Ogorzelec – autorka rzeźb i instalacji „krystalizacja przestrzeni”;
Joanna – żona Macieja Frankiewicza, opozycjonisty z poznańskiej Solidarności Walczącej.
Klamka do raju - Najnowszy album Starego Dobrego Małżeństwa

Próba czułości
Kiedy dwa lata temu pisałam o Ulicy Nowej, wydawało mi się, że Krzysztof Myszkowski otworzył przede mną świat, do którego wcześniej zaglądałam jedynie przez uchylone okno. Zobaczyłam chłopca z ulicy Nowej, jego szczenięcy mikrokosmos, rodzinny dom, zapach lata i dzieciństwo, które - choć niepozbawione bólu - pozostawało bezpiecznym schronieniem pamięci. Wówczas napisałam, że poeta nie potrzebuje już cudzych słów, bo odnalazł własny język opowiadania świata. Dziś wiem, że tamten album był dopiero początkiem. Klamka do raju stanowi naturalną kontynuację tej drogi, ale zarazem staje się dziełem znacznie dojrzalszym i odważniejszym. To już nie album wspomnieniowy. To w moim odczuciu album sumienia.
Teksty powstające pomiędzy 19 sierpnia a 7 listopada 2023 roku układają się w niezwykle osobisty dziennik wewnętrznej przemiany. Każdy utwór został opatrzony dokładną datą powstania, jakby autor chciał pozostawić ślad po każdym dniu, który go zmieniał. Lubię tę konsekwencję. Mam wrażenie, że nie słucham kolejnych piosenek, lecz uczestniczę w czymś znacznie bardziej intymnym, w procesie duchowego dojrzewania człowieka.
Przed progiem – Teresa Tomsia

Przed dworem Rodziny Joczów w Cielcach:
Yola Czech i Teresa Tomsia z córką Moniką (1998) © Eugeniusz Toman
Nie oczekuj na miłość,
tylko z nią umieraj.
Jan Sochoń, Wskazania
W szczelinach zdrewniałej skóry
warstwami układają się wyciszone
wspomnienia, gałęzie zrzucone z drzew
po nocnej burzy, dachówki ukruszone
przez wiatr niczym rzeźby w kształtach
nie do rozpoznania, przy nich orzech
przechowany przez wronę.
Niekiedy w progu osiada z mgłą echo słów
wypowiadanych tu niegdyś przez Pawła Jocza –
rzeźbiarza, który żył z pasją, jakby wciąż
od nowa stwarzał życie.
Nikt nie wybiega dziś tam na taras, by powitać gości,
nie oczekuje na poruszenie, na przemianę.
Odwiedzający przychodzą i znikają za żywopłotem.
Unieruchomione w oku kamery trzy kobiety
już nie zdołają odwrócić głowy, nie ujrzą gospodarza
w wejściu do domu – jak z wolna wchłania go
nieprzenikniona gęstość wieczoru.
Przed progiem staje ten, który trwa w osobności,
któż bowiem zawoła ku niemu z daleka,
poda wody żywej, gdy nicość zajmuje pierwsze
miejsce przy stole, a wiara w przemienienie
nie wznosi, nie usuwa niepewności –
czym tak naprawdę jest niepojęta,
do końca wierna agápë.
Poznań, 2 lipca 2026 roku
Szczęście - Katarzyna Kuroczka
Bogdanowi Widerze, Lechowi M. Jakóbowi,
Krzysztofowi Kokotowi, Alojzemu Lysce,
Teresie Tomsi, Irminie Kosmali
Widzę, że nie ustajesz w wędrówce własną ścieżką poetycką.
Tak trzymać - -
(Z korespondencji Lecha M. Jakóba, 5 czerwca 2021 r.)
miałam szczęście zakotwiczyć w sercu kilku osób –
dziwne, że połowy nie spotkałam osobiście,
nie usiadłam przy kawie, nie pogadałam o niczym
część zna już prawdę istnienia i świeci na niebie
tym, którzy wciąż szukają gwiazdy północnej –
czasami spoglądam w czerń nocy i czytam ich myśli
dziwne, że połączyło nas słowo, choć dykcje
mamy różne; splotła niewidzialna nić serdeczności,
mimo zasieków postawionych przez nasze roczniki
miałam szczęście spotkać nieznajomych, którzy
poznali mnie lepiej niż niektórzy bliscy –
nic dziwnego, że z ostatnimi łączy mnie milczenie
Mysłowice, 12 lipca 2026 r.
Kiedy Bóg odwrócił wzrok… - Irmina Kosmala

Warosia, miasto-widmo, Cypr 2026
Tego lata wybór padł na wyspę leżącą na styku Europy i Azji, zanurzoną w błękicie Morza Śródziemnego. Już po wyjściu z samolotu na lotnisku w Pafos uderzyła mnie ściana gorącego powietrza niosącego zapach rozgrzanej ziemi, soli i ziół. W drodze do hotelu obserwowałam krajobraz pełen palm, gajów oliwnych i wapiennych skał. Od razu rzuciła się wszystkim turystom w oczy pozostałość po brytyjskim panowaniu, które przez blisko sto lat odciskało swoje piętno na życiu mieszkańców – autobus poruszał się bowiem lewą stroną jezdni. Niby drobny szczegół, a jednak przypomina, jak silnie obyczaje uzurpatora potrafią wrosnąć w cudzą przestrzeń.
Cypr jest wyspą niezwykłą. Według greckiego mitu z morskiej piany narodziła się tutaj Afrodyta, bogini miłości i piękna. Współczesny Cypr nosi jednak na sobie bliznę, która od ponad pół wieku nie chce się zagoić. Od 1974 roku pozostaje podzielony na dwie części. Południe tworzy uznawana na arenie międzynarodowej Republika Cypryjska, zamieszkana głównie przez Greków cypryjskich. Północ znajduje się pod kontrolą Turków cypryjskich i funkcjonuje jako Turecka Republika Cypru Północnego, uznawana jedynie przez Turcję. Granica przecina miasta, wspomnienia i ludzkie życiorysy. W wielu rodzinach pozostaje raną przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
Na co dzień jednak łatwo o tym zapomnieć. Wypoczywający na południu turyści chłoną błękit morza, zachwycają się antycznymi zabytkami, spacerują promenadami i kosztują cypryjskiego wina. Słońce skutecznie zagłusza historię. Dopiero jedna z wycieczek sprawia, że ten idylliczny obraz zaczyna pękać.
Warosia.
Samo brzmienie tej nazwy jest spokojne, niemal melodyjne. Tymczasem kryje ona jedną z największych tragedii współczesnej Europy. Jeszcze przed 1974 rokiem była symbolem luksusu i nowoczesności. Nazywano ją „Copacabaną Morza Śródziemnego”. Tysiące turystów przyjeżdżały tu z całego świata. Wzdłuż złotych plaż wyrastały eleganckie hotele, apartamentowce, kina, teatry, restauracje i sklepy. To właśnie tutaj biło turystyczne serce Cypru. Od taksówkarza dowiaduję się, że Warosia generowała ponad połowę dochodów wyspy z turystyki. Miasto rozwijało się z rozmachem, jakby nic nie mogło zatrzymać jego pomyślnej przyszłości.
Strona 1 z 19
